Przez większość dziejów ludzkości przyjemność i nagroda były nierozerwalnie związane z ruchem i wysiłkiem. Wyobraź sobie Człowieka Pierwotnego. Ubrany w skóry zwierzęce, brudną dłonią sięga po niewielki owoc zwisający z karłowatego drzewka. Żeby zaznać przyjemności z jego zjedzenia musiał chodzić, rozglądać się, schylać, wspinać, zbierać i wrócić pieszo do swojej grupy. Prawdopodobnie codziennie wkładał duży wysiłek w zaspokajanie podstawowych potrzeb.

W mózgu istnieje uniwersalna „waluta”, która motywuje do tego wysiłku – dopamina (choć z motywacją i nagrodą są związane również serotonina, noradrenalina i opioidy). To neuroprzekaźnik, który jest wydzielany nieustannie, choć w pewnych momentach poziom jego wydzielania znacząco rośnie. Te momenty odczuwamy jako dążenie, energię i oczekiwanie nagrody – bardziej chęć niż samą przyjemność. Mogą przejawiać się w różnych intensywnościach: być błogą uważnością, zdeterminowaną koncentracją, a czasem kompletnym zanurzeniem się w czynność aż po utratę kontaktu ze światem. Dopamina stoi za motywacją do tego, co ma dać nam przyjemność, jak rozkosz wąchania świeżej kawy, ekscytację twórczości, ciepło rozmów z przyjaciółmi. Towarzyszy zakochaniu, dążeniu do bliskości, ale i… bezmyślnemu przewijaniu social mediów, oglądaniu pornografii czy hazardowi.
To jednak, co dla mnie było mniej instynktowne – a co uważam za ważne w zrozumieniu jak działa dopamina i nasz układ nagrody – to nierozerwalny związek przyjemności i przykrości.
To spostrzeżenie niesie ze sobą bardzo praktyczne konsekwencje. Dlaczego sięgamy po wysoko dopaminergiczne zachowania i substancje? Dla zabawy, poczucia przynależności, z nudów, ale też po to, by regulować ból, zmęczenie, bezsenność, lęk, złość, strach, depresję. Stawka jest wysoka, a zastosowań wiele.
Co się dzieje, gdy dostarczamy sobie więcej dopaminy, niż wynosi bazowy poziom jej wydzielania? Najpierw doświadczamy motywacji, przyjemności, błogości. Problem w tym, że każda porcja przyjemności jest opodatkowana przez mechanizm habituacji – stopniowego przyzwyczajania się. Nadmierna stymulacja jednego szlaku dopaminowego prowadzi do tymczasowego zmniejszenia jego aktywności. Z każdą kolejną dawką ten podatek od przyjemności rośnie: żeby osiągnąć ten sam efekt potrzeba albo więcej tego samego albo czegoś nowego. Powtarzając przyjemną czynność po wielokroć możemy zauważyć, że to, co początkowo było ekscytujące i upragnione, stopniowo staje się zwykłe, wyprane. A powrót do starego „zwykłego” sprzed przyjemności bywa rozczarowaniem – albo piekłem, jeśli mówimy o odstawieniu substancji uzależniających.
Po podniesieniu poziomu wydzielania dopaminy nie wraca on tak po prostu do poziomu bazowego. Po intensywnej stymulacji dopaminergicznej, zwłaszcza tej sztucznie wzmacnianej, mózg może czasowo obniżyć jej poziom, co prowadzi do uczucia „dołka” Jedzenie czekolady daje krótkotrwały wzrost o około 50%, a późniejszy spadek jest niewielki. Niektóre narkotyki potrafią jednak podbić ten poziom o 1000%. Innymi słowy, spadek z wysokości z pełnym impetem robi więcej szkody niż zsunięcie się z pufy na ziemię. Organizm dąży do utrzymania balansu, homeostazy, a przyjemność i przykrość są jak dwa końce huśtawki wahadłowej. Kiedy jedna z nich za bardzo idzie do góry, po chwili nastąpi zamiana. Chęć uniknięcia przeżycia dopaminowego dołka pojawia się jako uczucie, myśl, pokusa: jeszcze jednej kostki czekolady, jeszcze pięciu minut scrollowania, jeszcze jednego odcinka. Po chwili dyskomfortu, jeśli go zniesiemy, ciało wróci do równowagi. Im silniej jednak i im bardziej sztucznie podbijamy swój poziom dopaminy, tym boleśniejszy i dłuższy będzie powrót do bazowego poziomu jej wydzielania.
Co z tym zrobić?
Dopamina jest paliwem, a od nas może zależeć, gdzie damy się jej prowadzić.