
Czy ciało rzeczywiście jest mądre? O słuchaniu siebie i praktyce focusingu
Ten tekst składa się z dwóch wątków, które przeplatają się ze sobą. Prawy mówi językiem myśli, analitycznie, rozumowo. To przychodzi mi z łatwością. Lewy jest czuciowy, płynie z doświadczania ciała i danej chwili. Trudniej mi tak pisać. Chcę, żeby te dwa sposoby – myślenie i przeżywanie, uzupełniały się ze sobą, budując opowieść o odczuwaniu i słuchaniu ciała.
Czy można przewidzieć, czy psychoterapia przyniesie efekt, oglądając zaledwie jedną czy dwie sesje?
W latach sześćdziesiątych Gene Gendlin, terapeuta humanistyczny, znalazł zaskakującą odpowiedź na to pytanie. Zauważył, że u niektórych pacjentów w pewnym momencie tempo wypowiedzi zwalnia. Słychać to w pauzach, zawahaniach, w próbach znalezienia słowa, które pasowałoby do odczucia z ciała w danej chwili.
„To takie… jakby ścisk w klatce piersiowej… jakby trudniej było oddychać… takie skrępowanie?”
Ten rodzaj poszukiwania okazywał się jednym z najtrafniejszych wskaźników powodzenia terapii. Na drugim biegunie były osoby, które z pozorną jasnością przeskakują od zdania do zdania, budując logiczną narrację, ale omijając ciszę, w której naprawdę można coś poczuć.
To zatrzymanie przy doświadczeniu w ciele, to słuchanie jego niejasnych poruszeń, Gendlin nazwał focusingiem. Kiedy zwalniam, biorę wdech i kieruję uwagę do ciała, mówi ono do mnie przez odczucia. Czasem trudno mi się zatrzymać. Czasem mijają godziny albo dni, zanim zdam sobie sprawę, że znów odłączyłem się od ciała. Wtedy coś we mnie napina się, gęstnieje. Czuję stres, ale jakby zza szyby. Kiedy uda mi się wrócić, osiąść w ciele i dopuścić do siebie jego mowę, bywam tym bardzo poruszony. Jakbym wchodził w intymny kontakt z częścią siebie, która czekała, aż ją usłyszę. Czuję się wtedy pełniejszy, a nie rozdzielony, zdystansowany.
Focusing nie jest nurtem terapeutycznym, ale narzędziem, sposobem powrotu do pierwotnej zdolności czucia. Nie wymaga szczególnych predyspozycji ani wiedzy psychologicznej. Każdy może się go nauczyć. Paradoks polega na tym, że to, co najprostsze i najbardziej naturalne – czucie własnego ciała – stało się dla wielu z nas czymś obcym. Żyjemy jakby oddzieleni od wewnętrznego pejzażu, który stale do nas mówi, ale którego przestaliśmy słuchać.
Jak się focusować?
Zazwyczaj zaczynam od czegoś niejasnego — odczucia, którego nie potrafię jeszcze nazwać. Na początku trudno przy nim zostać. Uwaga wymyka się w kierunku zadań, zobowiązań, planów. Bywa to dla mnie frustrujące. To jakbym miał wsłuchać się w szept przy zatłoczonej ulicy. Dźwięk ginie w hałasie świata, a ja próbuję wychwycić go między krokami przechodniów i szumem silników, wiedząc, że niesie coś cennego, co trudno mi wyłapać.
Jeśli chcemy zrozumieć ciało, warto zacząć od mózgu. Po co w ogóle powstał? Jaka była jego pierwotna funkcja? Nie jest nią myślenie. Mózg wyewoluował po to, by utrzymać ciało przy życiu – by koordynować jego układy: krążeniowy, trawienny, hormonalny, mięśniowy, nerwowy. Jego zadaniem jest nieustanne przewidywanie, czego ciało będzie potrzebować w następnym momencie, by sprostać światu: czy ma odpocząć, czy walczyć; trawić czy mobilizować energię; rozluźnić się czy napinać.
Ciało reaguje zgodnie z tymi przewidywaniami. To, co nazywamy „mądrością ciała”, jest więc w istocie mądrością mózgu — jego zdolnością do interpretowania i równoważenia niezliczonych sygnałów.
Nie mamy bezpośredniego dostępu do tego procesu. Ale możemy mieć dostęp do jego śladów – do ciała, które jest jak płótno, na którym mózg maluje swoją interpretację świata. Kiedy więc „słuchamy ciała”, w gruncie rzeczy słuchamy mózgu, który mówi do nas poprzez fizjologię.
„Co w moim ciele domaga się teraz uwagi?”
Często zaczynam focusing od tego pytania. Czuję lekkie drapanie w gardle, napięcie w żuchwie, coś za splotem słonecznym, ślad łez za oczami. Po chwili sprawdzam, czy pasuje do tego słowo “smutek”? Tak, ale niezupełnie. „Zawód”? „Bezsilność”? „Przykrość”. Tak, to chyba to. Jakaś przykrość. Kiedy zostaję z nią chwilę dłużej, ciało nieco się rozluźnia. Emocja nie znika, ale staje się lżejsza, jakby coś we mnie zostało wreszcie zauważone.
Jedno z moich ulubionych badań w psychologii dotyczy pacjentów z rozdzielonymi półkulami mózgu. W celu leczenia epilepsji przecięto strukturę łączącą obie półkule, przez co nie mogły już wymieniać informacji. Kiedy pole widzenia pacjenta przedzielono ekranem, prawa półkula widziała to, co po lewej stronie, a lewa – to, co po prawej.
Gdy prawej półkuli pokazano polecenie: „Wstań i przejdź na drugą stronę pokoju”, osoba wstawała, żeby wykonać polecenie. Zapytany o powód, pacjent – a właściwie jego lewa półkula, ta odpowiedzialna za mowę – odpowiadał bez wahania: „Byłem spragniony i chciałem nalać sobie wody”.
Nie było w tym zmieszania ani zdziwienia. Po prostu podawał wyjaśnienie, które było sensowne.
To pokazuje, że opowiadając o sobie, wypełniamy luki jak własny, gorliwy dział PR. Nasza narracja ma być spójna, nawet jeśli w rzeczywistości pełno w niej szczelin i przemilczeń. Dlatego tak cenię kontakt z ciałem.
Ciało nie tworzy historii. Nie tuszuje, nie uzupełnia, nie upiększa.
Mówi prawdę – cicho, prosto, czasem boleśnie, ale zawsze uczciwie.
Po co w ogóle czucie, focusing, wsłuchiwanie się w ciało? Po to, by odzyskać dostęp do emocji, które kiedyś trzeba było od siebie odsuwać.
Wtedy nauka czucia siebie może stać się początkiem zmiany.
Dla wielu osób – zwłaszcza tych, które dorastały w emocjonalnym chłodzie, zaniedbaniu, w doświadczeniu alienacji czy odrzucenia – odzyskanie zaufania do ciała jest jak powrót do domu, z którego dawno temu trzeba było odejść.
To nie jest łatwa droga. Ale prowadzi do miejsca, w którym można wreszcie naprawdę połączyć się ze sobą.